sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział 1

  Dwudziestolatka chodziła bezcelowo po mieszkaniu. Od kilku dni nie wiedziała co ze sobą zrobić. Najprostszą opcją było po prostu samobójstwo. Koniec z depresjami, problemami i cierpieniem. Ale czy to takie łatwe? Nie. Nie chciała popełnić kolejnego błędu. Nie chciała być powodem cierpienia swoich bliskich, ponieważ doskonale wiedziała, jak to boli. Minął miesiąc od śmierci Harry'ego, lecz również miesiąc od znalezienia przez nią listu od chłopaka. Myślała wtedy, że to kolejny jego głupi żart. Wieczorem dostała telefon o znalezieniu ciała w hotelu w Irlandii, gdzie szatyn wybył na krótkie wakacje. Przez cały ten czas myślała o niejakim zeszycie wspomnianym przez chłopaka, ale nie była w stanie zabrać się za przeszukanie ich wspólnej sypialni.

- Dei, nie masz tu innych herbat? - odrzekł zdesperowany głos dochodzący z kuchni. Deidre lekko wzdrygnęła się na przezwisko użyte przez Sophie do jej osoby. Dei.
Z jego ust zawsze perfekcyjnie to brzmiało.

- Jest tylko czarna - westchnęła szatynka. Opieka nad nią była wręcz wskazana, dlatego też jej znajomi i przyjaciele nie wychodzili za progi mieszkania dwudziestolatki ani na krok.

- Tylko czarna i czarna. Nigdy nie lubiłaś, zresztą tak, jak ja - nieco rozbawiona już blondynka weszła do salonu, w którym przebywała jej przyjaciółka. Ślepy by zauważył, że z dziewczyny nie pozostało już nic. Smutna, rozdarta dusza (o ile ta dusza się jeszcze nie wykruszyła) w drobnym, ostatnio kościstym ciele. Sophie poczuła ukłucie w sercu, kiedy spojrzała na nieludzko wystające obojczyki dziewczyny, następnie na jej dłonie, w których trzymała papierek złożony w kostkę.

- Co tam masz?

Deidre zacisnęła palce wokół papieru zgniatając go. Jej wzrok był pusty, ale w tej pustce można było dostrzec prawdziwe cierpienie. Jej usta uformowane w cienką linię i przeszklone oczy były dowodem na to, że dziewczyna próbowała ze wszystkich sił się nie rozpłakać.

- On to trzymał - pękła podając skrawki przyjaciółce. Sophie doskonale wiedziała co właśnie trzymała w dłoni. Nie pierwszy raz już czytała treść listu od zmarłego chłopaka. Znała już go prawie na pamięć i w sumie nie wiedziała dlaczego w ogóle zaczęła się zastanawiać co dziewczyna mogła trzymać w ręce.

- Spokojnie - blondynka potarła dłonią plecy szatynki w pocieszającym geście. Nie miała zamiaru wiecznie jej pocieszać. Doskonale znała Deidre. Przyjaźniły się od wielu lat i szczerze nigdy, aż do tej pory, nie poznała jej od tej strony. Kiedyś każdy, kto usłyszał jej imię i nazwisko znał tą dziewczyną. Piękna, pewna siebie, silna… Można by było wymieniać. A teraz? Zamknięta w sobie, zaniedbana i rozdarta. Ale kto by się zdziwił?

- Zapomnij o nim - Sophie przerwała chwilę ciszy dosyć mocnymi słowami jak na obecne okoliczności. - Harry był dla nas wszystkich przyjacielem - powiedziała smutno, lecz donośnie. Miała zamiar wyciągnąć dwudziestolatkę z tego dołka i pomóc jej żyć dalej.
- Myślę, że dobrze by było gdybyś jednak znalazła ten zeszyt - głos studentki rozniósł się po pokoju. - Będziesz wtedy miała jakąś jego część.

Deidre spojrzała się na nią jakby ujrzała ducha. Słowa koleżanki kompletnie ją ogłupiły. Nie miała siły myśleć o nim, co dopiero szukać jakiejś rzeczy należącej do niego.

- Pomyśl o tym, idę na zajęcia - oznajmiła Sophie praktycznie promieniejąc. Chciała choćby w najmniejszym stopniu przenieść swoją pozytywną energię na przyjaciółkę. Nie skutkowało.

Blondynka była na drugim roku w miejscowym collegu. Od przeszło roku namawiała Deidre na to, aby także przeniosła się do akademiku, ale ona wolała beztroskie życie u boku kochającego, dobrze ustatkowanego mężczyzny ze świetlaną przyszłością. Harry pochodził z bogatej, prawniczej rodziny, zaś Deidre od zawsze pasjonowała się literaturą. Chciała zostać pisarką, więc Sophie nie widziała niczego na przeszkodzie aby podszkolić się w collegu, ale to osobista decyzja. Przynajmniej teraz nie musiałaby siedzieć całymi dniami w mieszkaniu i rozmyślać 'co by było gdyby'.


- Sprzedaj mieszkanie - propozycja rzucona przez Anne Styles po drugiej stronie telefonu była wypowiedziana z niewzruszoną łatwością.

- Proszę pani - szatynka delikatnie zaczęła ale jej przerwano.

- Byłyśmy na ty - skarciła ją. Kobieta była typową bizneswomen po czterdziestce. - Wiem, że jest ci ciężko, nam też. W końcu był naszym jedynym dzieckiem - Deidre usłyszała, jak mamie Harry'ego załamuje się głos.
- Do rzeczy. Mówiła, sprzedaj mieszkanie. Jest dużo warte, pieniądze będą dla ciebie kochanie - Anne promieniała. - Mogłabyś kupić sobie nowe, zostawić wspomnienia za sobą.

- Anne, to bardzo śmiałe z twojej strony - dziewczyna uśmiechnęła się. - Również miłe, ale nie wiem czy mogłabym to zrobić.

- Rozumiem cię. Po prostu pomyśl o tym - wyczuwalne było, że kobieta uśmiechnęła się w tamtym momencie. - Przepraszam cię, muszę kończyć - mówiąc to, rozłączyła się.

Wszyscy dookoła mówili tylko 'pomyśl o tym'. Sęk w tym, że dziewczyna nie chciała o niczym myśleć.

Mijały kolejne dni, stan psychiczny jak i fizyczny szatynki polepszał się w miarę możliwości jej znajomych. Odzyskiwała wiarę i nadzieję na lepsze życie i powoli próbowała pogodzić się z rzeczywistością. Nie prawdą było to, co jej mówili. Jak miała o nim zapomnieć? Zapomnieć o najlepszej części jej życia? Nie chciała tego. Nigdy o nim nie zapomni. Po prostu będzie żyć ze świadomością, że już nigdy nie poczuje zapachu jego wody kolońskiej czy jego delikatnych ust.


W normalnych okolicznościach nikt nie otwiera drzwi komuś, kto puka o czwartej nad ranem do drzwi, ale niesenność dziewczyny pozwoliła na popełnienie tego błędu. Przekręciła zamek i jeszcze chwiejnymi ruchami otworzyła drzwi.

- Ty jesteś Deidre? 





__________________________________________

God damn it mamy pierwszy rozdział!
Wolno pisane, od razu mówię :)

Więc… Co myślicie o Deidre? Sophie? Anne?
Może macie już swoją podświadomą opinię na temat osoby Harry'ego?

Jak myślicie, kto zapukał do drzwi? :D


1 komentarz: