niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział 2

  W normalnych okolicznościach nikt nie otwiera drzwi komuś, kto puka o czwartej nad ranem do drzwi, ale niesenność dziewczyny pozwoliła na popełnienie tego błędu. Przekręciła zamek i jeszcze chwiejnymi ruchami otworzyła drzwi.

 - Ty jesteś Deidre?

Przed przekrwionymi oczami dziewczyny pojawił się obraz stojącego w przejściu mężczyzny, który znał jej imię. Było to faktem wprawiającym dziewczynę w stan przerażenia, szczególnie, jeśli działo się to o czwartej w nocy, a jej tajemniczy gość był jej całkowicie nieznany.
Nie była pewna czy odpowiedzieć 'tak' na pytanie zadane przez niebieskookiego. Miał lekki zarost, przez co wyglądał na na pewno więcej niż 20 lat. Deidre bała się, że coś ostatnio przeskrobała, a człowiek stojący przed nią miał zwiastować nadchodzące kłopoty.

Owszem, zwiastował kłopoty.

- Kim pan jest? - niezdecydowanie podjęła się próbie pozostania anonimową.

- Louis Tomlinson, miło mi - przeczesał włosy palcami po czym podał dłoń dziewczynie w przyjaznym geście. Deidre potrząsnęła lekko jego ręką po czym sama doszła do słowa.

- Deidre Bailey - przedstawiła się zakładając kosmyk jej długich, brązowych włosów za ucho. Było jej wstyd, że stoi w samym szlafroku z kompletnym nieładem na włosach i podkrążonymi oczami przed widocznie zadbanym, wyperfumowanym mężczyzną. Ale kogo to obchodzi? Przecież była czwarta godzina, to szatynowi powinno być wstyd nachodzić kogokolwiek o tej porze.
- Ale nie wiem czy jestem tą, którą pan szuka - próbowała się wymigać.

- Szczerze mówiąc, myślę, że jesteś - zlustrował od góry do dołu dwudziestolatkę. - Mogę wejść?

- Przepraszam, ale kompletnie pana nie znam - Deidre pokręciła głową w dezaprobacie zamykając drzwi. Nagle cała jej bezsenność uleciała. Chciała położyć się spać. Powoli zdawała sobie sprawę, że może Sophie ma rację. Powoli. Podążała wolnym krokiem do salonu, gdzie od ostatniego miesiąca spała na kanapie. Nie mogłaby znieść uczucia, kiedy leżałaby sama na łóżku dwuosobowym, na którym owszem, jeszcze niedawno co wieczór zasypiały dwie osoby.

Przerwało jej pukanie do drzwi. Domyślała się, że być może niejaki Louis Tomlinson nadal stoi pod jej drzwiami. Jej podejrzenia nie okazały się być błędne.

- Co ci dolega? - powiedziała lekko zirytowana, co podkreśliła przez niemal niewidoczne tupnięcie nogą.

- Muszę z tobą porozmawiać - odrzekł trzymając jakiś skrawek papieru w ręce.

- Zapewniam, że nie powiem ci nic ciekawego - odburknęła. Deidre zawsze łatwo się denerwowała. Nie obchodziło ją co pomyślą inni. Robiła to, co chciała i to, co do niej należało bez żadnego 'ale'. W tamtej chwili także miała gdzieś to, że zachowywała się w stosunku do nieznajomego, zapewne starszego faceta jak gówniara.

Kiedy już chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i sfrustrowana odejść w stronę kuchni, aby zrobić sobie herbatę na ochłonięcie, usłyszała coś, co sprawiło, że świat się zatrzymał. Mogła przysiąc, że na chwilę straciła świadomość.

- Harry chciał, żebym się z tobą spotkał.

Twarz dziewczyny z chwili na chwilę robiła się coraz bledsza, o ile było to możliwe.

- Kim pan jest? - spojrzała nieufnie w jego oczy po czym odchrząknęła.

- Mogę wejść?


- Nie jestem nikim nadzwyczajnym - odparł popijając łyk kawy. - Mam dwadzieścia trzy lata, mieszkam w centrum Londynu i pracuję w studiu tatuaży.

Deidre zanim zeszła do tematu dlaczego mężczyzna naszedł ją o czwartej rano i właśnie teraz siedzi tu z nią pijąc kawę, chciała się wszystkiego o nim dowiedzieć. Kim jest, ile ma lat i czy nie jest potencjalnym mordercą czy gwałcicielem. Szczególną uwagę przywiązała do słów wcześniej przez niego wypowiedzianych, kiedy jeszcze stał na korytarzu. Wiedział jak ona ma na imię, co więcej, wspomniał o Harry'm.

- Nie wyglądasz na tatuażystę - spojrzała na niego podejrzliwym wzrokiem. Był ubrany całkiem elegancko, w czarne, długie spodnie i szafirowy sweter w serek. Nigdzie nie mogła dopatrzeć się choćby jednego tatuażu, co było dziwne jak na osobę o takim fachu.
Niebieskooki złapał ją na lustrowaniu go wzrokiem.

- Chciałem cię znaleźć, ale nie wiedziałem jaka jesteś. Niektórzy ludzie kiedy widzą kogoś z przynajmniej jednym rysunkiem na ciele od razu zamykają drzwi - zaśmiał się. - Więc ubrałem się w to.

Deidre nie wyglądała na przekonaną, ale informacja na temat zatrudnienia Louis'a Tomlinson'a nie była jej potrzeba do życia. Równie dobrze mógłby pracować przy kasie w Walmart'cie lub handlować narkotykami.

- Dobrze, więc po co do chciałeś mnie znaleźć? - Deidre nadal nie rozumiała po co ten człowiek przejechał taki kawał drogi z Londynu do Birmingham.

- Znałem Harry'ego - odparł wyraźnie zranionym głosem. - Dużo mi o tobie opowiadał - westchnął szatyn. Na jego twarzy wymalowane było skupienie. Patrzył się na jeden punkt. W jego głowie, jak film, odtwarzały się wspomnienia ze zmarłym chłopakiem.
- Ale nie rozumiem dlaczego to zrobił - pokręcił głową, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.

Deidre również była bliska płaczu. Wstrzymała oddech i odepchnęła od siebie nękające ją przez cały czas wspomnienia.

- Skąd go znałeś?

- Pamiętam jakby to było wczoraj - Louis powiedział nieco donośniej. Miał bardzo wyraźny akcent, który towarzyszył niespotykanej barwie głosu. Od razu na jego twarz wpełzł uśmiech, przez co utworzyły się dwie zmarszczki w kącikach oczu.
- Miał szesnaście lat kiedy zrobiłem mu pierwszy tatuaż. Przyszedł do naszego studia kiedy ja akurat byłem pierwszy dzień na praktykach. Rzuciłem szkołę dla tego, co robię. I wcale nie żałuję - uśmiechnął się. - Niczego nie żałuję.

- Jego pierwszym tatuażem był krzyżyk wewnątrz dłoni - odezwała się Deidre. Doskonale pamięta dzień, w którym go o niego zapytała.

- Co ma oznaczać ten krzyż?
- To nie jest krzyż - zaśmiał się
- Iks?
- Też nie - pokręcił głową w rozbawieniu nadal utrzymując swoją dziewczynę na kolanach. Siedzieli na plaży w lekkich podmuchach bryzy morskiej. Wtedy mogli żyć beztrosko.
- Plusik? To żałosne - sprzeczała się z nim.
- Sam nie wiem jak to nazwać. Gdybym był wierzący, byłby to krzyż. Ale nie jestem, więc jest to coś na podobieństwo iksa - pocałował szatynkę w policzek.
- Bez żadnego znaczenia?
- Wierz w siebie, Dei. Oznacza to, że wierzę w siebie.
 

- Tak. Mogłem mu zrobić ten śmiesznie łatwy tatuaż. To była okazja do sprawdzenia się w tym fachu. Zakumplowaliśmy się, mieliśmy dużo wspólnego - Louis spojrzał na mnie pociągając nosem.
- Ale rozczarował mnie w pewnych kwestiach - mówiąc to szybko odwrócił swój wzrok na swoje dłonie splecione razem na stoliku.

Rozmowę przerwał telefon dziewczyny. Dzwoniła Sophie, jak zawsze o szóstej rano.

- Dochodzi szósta, za chwilę będzie tu moja przyjaciółka, więc lepiej, żebyś już poszedł - szatynka oznajmiła chłopakowi wstając. - Miło było cię poznać.

- Ciebie również, może umówisz się jutro ze mną na kawę?

Propozycja Louis'a kompletnie zbiła dziewczynę z tropu. Nie wiedziała do końca co ma myśleć. Właśnie przez śmierć Harry'ego jej życie straciło sens. Nie wychodziła od przeszło miesiąca z domu i nagle ma normalnie funkcjonować? Nie była pewna co do Tomlinson'a.

Harry był przyjacielem dla wszystkich, tak jak powiedziała to Sophie, ale niebieskooki zdawał się wiedzieć coś więcej. Wiedzieć coś, co mogło pozwolić Deidre spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Ale czy lepszej?


____________________

Kochani, mamy rozdział drugi. Proszę z całego serca o komentarze i wyrażanie swojej opinii. Mam nadzieję, że historia przypadnie wam do gustu :)


1 komentarz:

  1. świetny rozdział <3 cudownie piszesz, czekam na next i życzę weny x
    @hicuteHarry

    OdpowiedzUsuń